blog nie jest związany z naszą zawodową działalnością i ma charakter prywatnego forum Drukuj  
 

Wyszukaj w blogu

Wątek
Autor wpisu
Język wpisu
Data
od
do

 


Joy the ride - share your joy
2010-06-21 | after hours

ABECADŁO FREERIDE'U - F jak FLOW
2010-06-07 | 40

O zdobywcach Pucharu i strzegącym go okrutnym Karkonoszu, o daremnych ofiarach i ofierze losu
2010-05-05 | after hours

Kirá - o Filtrowej 47
2010-04-26 | Bajo

Sonata bałtycka
2010-02-23 | after hours

Kryzys marketingowy
2009-10-11 | after hours

Sędzia kolarz
2009-05-19 | after hours

Ballada o wyjściu
2009-02-02 | 40

Parszywa Dziesiątka
2008-12-05 | 40

Dzwon
2008-04-03 | 40

Brass'em up
2007-11-23 | Brass

Kronika okresu wypowiedzenia
2007-10-05 | after hours

 
 
Sędzia kolarz
2009-05-19 | Rafał Wypiór | after hours
 
Dla osób, które mnie znają, nie jest tajemnicą, że od kilku miesięcy zmagam się z kryzysem wieku średniego i że przed nadciągającą złowrogo smugą cienia uciekam na dwóch kółkach, pedałując ile wlezie. Toteż pisząc o kryzysie stanu sędziowskiego zacznę od roweru.

Otóż kilka lat temu prezes pewnego sądu okręgowego wydał swoim podwładnym zakaz przyjeżdżania do pracy na rowerze. Jednoślad, wprawiany w ruch siłą mięśni nóg, miał bowiem pozbawiać kapłanów Temidy powagi. Nie będę polemizował z poglądem, że w oczach przeciętnego obywatela, hołdującego idei bogacenia się – pal licho czy purytańskiej, kapitalistycznej, postkomunistycznej czy wreszcie lumpiarskiej proweniencji – rower pod pupą osobnika, którego stać na bardziej luksusowy środek lokomocji, stanowi swego rodzaju auto-da-fe. No bo niby dlaczego ktoś, kogo stać na cztery kółka, poprzestaje na dwóch i to przymuszających ich właściciela do wysiłku stanowczo wykraczającego poza maczystowskie kręcenie kierownicą i manewrowanie dźwignią biegów? Toż to jawna prowokacja. Dawno minęły czasy, gdy o świcie cały naród wsiadał na składaki i pod przewodnictwem inżyniera Karwowskiego gnał do pracy. Z taką samą gracją pedałował partyjny aparatczyk i działacz podziemia, "ślusarz, żołnierz, tokarz, zdun, inżynier" oraz – Inna ikona PRL – dziadek śmietnikowy. Chociaż skrzypienie korby tego ostatniego było jedyne w swoim rodzaju. Ale nie o tym miała być mowa.

Rzecz w tym, że ów prezes sądu okręgowego przykładał nadmierną wagę do fasady urzędu sędziego, źródła powagi upatrując nie tam, gdzie należy. Moim zdaniem i podejrzewam, że pogląd ten podziela większość obywateli, a w każdym razie ci, którzy w sądach szukają tzw. sprawiedliwości, o powadze urzędu sędziego decyduje szybkość reagowania na sytuacje kryzysowe oraz skuteczność w rozwiązywaniu sporów, nie zaś to, jakim środkiem lokomocji sędzia porusza się po mieście. Nie miałbym nic przeciwko temu, i zapewne także w tej kwestii nie będę odosobniony, przynajmniej wśród osób kierujących się zdrowym rozsądkiem, by sędzia dreptał do sądu wsparty chociażby o kij włóczykija – byle tylko wydawał trafne rozstrzygnięcia w czasie rokującym na ich pełną implementację. Kogo bowiem obchodzi, jak radzi sobie z czasem wolnym ktoś, kto w godzinach pracy odwala kawał dobrej roboty? Kogo z kolei przekona do kiepskiego sędziego i jego pożałowania godnych werdyktów fakt, że na co dzień prowadzi się pospolicie, jak przystało na beznamiętnego sługę prawa? Ale w sumie również nie o tym miała być mowa.

Życie prywatne sędziów na ogół niewiele mnie zajmuje, jeżeli tylko sfera zawodowa dostarcza im wystarczająco dużo podniet, by wzbogacać doświadczenie i rozwijać wiedzę (wspominam o tym, bo nierzadko miewam wątpliwości, czy egzystujący w sterylnych warunkach urzędnik nie wysyca swojego życia z jego esencji, bez rozsmakowania się w której trudno o autentyczną, potrafiącą znaleźć rozwiązanie dla każdego konfliktu i  mającą siłę przekonywania mądrość). To, co mnie najczęściej wnerwia, to pętanie sędziego, wykonującego swoją misję, postronkiem świętej krowy, otaczanie go warownym murem, kiedy oddaje się urzędowym obowiązkom, a wszystko to w hołdzie składanym ślepej Temidzie, bo im mniej sędzia ma do czynienia że stronami i ich wścibskimi pełnomocnikami, tym lepiej dla sporu, który, co prawda, sprowadził tychże przed jego oblicze, jednak najlepiej będzie, jeśli zostanie okrojony do czysto teoretycznego zagadnienia. Pomijam już to, że jeśli o stronie nie myśli się jak o człowieku z krwi i kości, a w jego problemie, z którym zwrócił się do nas, nie dostrzega się potu i łez, pojawia się ryzyko, że nie zauważymy ciężaru odpowiedzialności za jego jakże realne losy. Załóżmy, że nie jest to konieczne, a bywa, że nadmiar świadomości wręcz paraliżuje. To bodaj właśnie w obawie przed negatywnymi skutkami nadświadomości chirurdzy opowiadają sobie przy stole operacyjnym sprośne dowcipy. Zakładam przy tym, że wystarczy rudymentarna obowiązkowość, by nawet bez przesadnego odczuwania powołania do ingerowania w cudze życie nie uciekać od spoglądania na jego ciemne strony, lecz systematycznie, a od czasu do czasu nawet z pasją wampira wysysać z niego jad. No właśnie jad, ale jak poznać, co jest trucizną, jeśli jednych uzdrawia to, co innych zabija? W tym właśnie tkwi sedno, że każda sprawa zasługuje na indywidualne potraktowanie i dla tego indywidualnego traktowania warto zejść z wyżyn wiedzy teoretycznej, poświęcić procedury i pozwolić stronom przemówić własnym językiem, a ich pełnomocnikom umożliwić pełny kontakt i nieskrępowaną komunikację, nie poprzestając na rutynowym oddaniu głosu na chwilę przed wydaniem wyroku. Wszyscy doskonale wiemy, jak wiele daje otwarta rozmowa. Nie zastąpi jej rytualne odklepywanie partii ogranych ról procesowych. Żeby jednak wyjść poza te role, trzeba umieć sobie radzić z naturą ożywioną, co nie jest prostą sztuką i na pewno nie można jej opanować w zaciszu gabinetów. Ale jak już się ją opanuje, można się nie obawiać konfrontacji ze stronami. W warunkach wymiany poglądów łatwiej o dobre rozwiązanie, chociaż czasem okupić je trzeba uszczerbkiem na własnym ego. Nie obawiałbym się przy tym nadmiernego zbliżenia ze stronami. Remedium na korupcję, czy to intelektualną, czy inną, nie jest bowiem izolowanie sędziego od okazji do tejże, bo takie zawsze się nadarzą, ale uodpornienie go na niemoralne propozycje, a tu najlepszym poligonem jest samo życie. Ale w gruncie rzeczy także nie o tym chciałem mówić.

Do napisania niniejszego felietonu natchnęła mnie lektura powieści Johna Grishama pt. "Apelacja". Co najbardziej rzuciło mi się w oczy w tej powieści, opisującej prawniczy światek stanu Missisipi, chociaż niekoniecznie był to efekt zamierzony, a wręcz podejrzewam, że kwestia ta była tak naturalna dla autora, że pojawiła się na stronach jego książki mimochodem, jako coś bardziej niż oczywistego; no więc to, co odebrałem jako koloryt amerykańskiej prowincji, to fakt, że sąd stanowił emanację lokalnej społeczności. Nie tylko było to miejsce, gdzie odbywały się rozprawy, gdzie między rozprawami adwokaci składali wizyty w gabinetach sędziowskich, żeby się podzielić tym..., co im leży na sercu, albo wysłuchać zdania sędziego na temat usprawnienia procesu.  Tych ludzi nie dzieliła jakaś niewidoczna, nieprzekraczalna bariera, bo przy okazji kolejnych wyborów zarówno adwokat mógł awansować na stanowisko sędziego, jak i sędzia, po utracie urzędu, mógł wpisać się na listę adwokatów. Niejednokrotnie zresztą przedstawiciele obu zawodów spotykali się, żeby wyrazić poparcie dla danego sędziego, prezentującego linię orzecznictwa, która w opinii adwokatów zasługiwała na aprobatę. Nie żeby nie dostrzegano w takim "lobbowaniu" niebezpieczeństw, jednak nie stanowiło ono realnego zagrożenia dla obytego z salą rozpraw wygi o twardym kręgosłupie. Ba, nawet adwokat, aspirujący dopiero do roli sędziego, którego kręgosłup dopiero kostniał, ostatecznie poradził sobie z naciskami grup interesów, które wyniosły go na urząd, zdobywając się na niezależność w orzekaniu, legitymizowaną ostatecznie nie kapitałem wielkiego biznesu, ale głosami wyborców. Trzeba przy tym zauważyć, że obraz ten wyszedł spod pióra lewicującego pisarza, który nie zostawiłby suchej nitki na amerykańskim aparacie wymiaru sprawiedliwości, gdyby ten rzeczywiście zasłużył na taką opinię. A skoro już wspomniałem o adwokacie aspirującym do godności sędziego, to nie mogę sobie odmówić krótkiej relacji z pierwszego dnia jego kampanii wyborczej. Otóż po ogłoszeniu przed budynkiem sądu swojej decyzji o kandydowaniu na stanowisko sędziego, ów aspirant zorganizował konferencję prasową w jednej z wolnych sal rozpraw. Czy kogoś to dziwi? Przecież po to, za pieniądze lokalnej społeczności, wybudowano sąd, by koncentrowało się w nim wszystko, co wiąże się z funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości. Bo sąd to nie jest świątynia abstrakcyjnej bogini – wszystko jedno czy ślepej, czy o sokolim oku – ale drugie, obok szpitala, miejsce, w którym ludzie załatwiają najważniejsze swoje sprawy. To tu znajduje się prawdziwe centrum demokracji bezpośredniej, gdzie obywatel nie jest skazany na partie i polityków, ale sam dochodzi swoich praw. Natomiast sędzia nie jest kimś, kogo przysłano z centrali z nie do końca czytelną misją, ale jeden z ziomali, być może najzdolniejszy z klasy, a być może przeciętniak – w każdym razie, ktoś, komu zależy na lokalnej opinii na temat jego sędziowania. Życzyłbym sobie takich sędziów i niechby sobie jeździli do pracy na rozklekotanych rowerach. Zawszeć to sędzia kolarz a nie kalosz.



 
 
 
 
 
 
 
                             
Strona główna
 
 | 
 
Kancelaria
 
 | 
 
Zespół
 
 | 
 
Publikacje
 
 | 
 
Obszary praktyk
 
 | 
 
Szkolenia
 
 | 
 
Klienci
 
 | 
 
Kariera
 
 | 
 
Kontakt
 
 | 
 
Nota prawna
 
 



Projekt i realizacja 

pozycjonowanie