blog nie jest związany z naszą zawodową działalnością i ma charakter prywatnego forum Drukuj  
 

Wyszukaj w blogu

Wątek
Autor wpisu
Język wpisu
Data
od
do

 


Na zimę i chłody - Frower Power
2010-12-22 | after hours

O dwóch krasnoludach i sierotce Maryjanie
2010-10-11 | after hours

Gnomes Cup - Relations from the Cadaverous 'Trupi' Forest 2010
2010-10-11 | after hours

Bobry i świstaki na dachu świata*
2010-08-31 | after hours

Joy the ride - share your joy
2010-06-21 | after hours

ABECADŁO FREERIDE'U - F jak FLOW
2010-06-07 | 40

O zdobywcach Pucharu i strzegącym go okrutnym Karkonoszu, o daremnych ofiarach i ofierze losu
2010-05-05 | after hours

Kirá - o Filtrowej 47
2010-04-26 | Bajo

Sonata bałtycka
2010-02-23 | after hours

Kryzys marketingowy
2009-10-11 | after hours

Sędzia kolarz
2009-05-19 | after hours

Ballada o wyjściu
2009-02-02 | 40

Parszywa Dziesiątka
2008-12-05 | 40

Dzwon
2008-04-03 | 40

Brass'em up
2007-11-23 | Brass

Kronika okresu wypowiedzenia
2007-10-05 | after hours

 
 
Joy the ride - share your joy
2010-06-21 | Rafał Wypiór | after hours
 
Jest taki wierszyk Tuwima, napisany z myślą o wkraczających w dorosłe życie maluchach, w którym wylicza się zasługi różnej maści fachmanów, a to, że "murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania", zaś piekarz nie miałby butów, gdyby nie szewc, który z kolei bez chleba długo by nie pociągnął. Bo, drogie dziatki, musicie wiedzieć, że bez tych skromnych rzemieślników żyłoby się trudniej, o ile w ogóle dałoby się toczyć wózek zwany życiem. Nic bowiem po musklach i technice przyłożenia łapy do dyszla, jeżeli po kilku metrach wózek się rozkraczy, a nie będzie miał kto go naprawić. Na nic się zda koński uśmiech woźnicy z szerokokątną ekspozycją dwóch rzędów ponad śnieg bielszych siekaczy, jeśli fura znajduje się w opłakanym stanie, a na pit stopie nie uraczysz mechanika gotowego zrobić swoje.

Właśnie ten wierszyk chodzi mi po głowie, gdy wspominam drugą edycję Joy Ride Open, czyli Amatorskiego Pucharu Polski. Dlaczego? Bo z powodu obniżenia dolnej granicy wieku startujących w okolicach mety pojawiło się wielu takich tuwimowskich backstagemanów. Przywieźli na zawody swoje dopiero co oderwane od cycka dzieciaki i, o ile te dzieciaki to już powoli takie małe kozaki, nie tylko stylem jazdy, ale i zachowaniem poza trasą naśladujący swoich starszych kolegów, to ich rodzice pozostali sobą - pełniącymi swoje role społeczne szacownymi obywatelami, którym nie wiedzieć skąd przytrafiła się przygoda (całe szczęście, że nie osobista) z adrenalinowym szaleństwem. A jako że szaleństwo najskuteczniej zwalczać udając, że nie ma w nim nic nienormalnego, to i oni obserwowali zmagania swoich pociech jakby to był bieg z szarfą przez przeszkody.

Może dlatego, że sam po raz pierwszy wystartowałem ze swoim 7-letnim Igorem, szybko się zalogowałem do tej rodzinnej biesiady. Trzeba jednak zaznaczyć, że pomimo sielankowej aury obok, na jednej z lepiej przygotowanych tras downhillowych w Polsce, rozgrywały się prawdziwe zawody z profesjonalnym pomiarem czasu, dyplomami i... pietruszką dla najlepszych. Były więc emocje: stres, nerwy a nawet łzy i przede wszystkim jazda po bandzie, byle tylko urwać kilka sekund. Ba, były nawet Asy, a wśród nich bezkonkurencyjny Sławek Łukasik, który wykręcił najlepszy czas. Nie można jednak zapominać o tych, którym na dwuminutowej trasie Sławek dołożył 30 sekund albo i więcej. Bo to głównie dla nich Siara organizuje Amatorski Puchar Polski. Przy nich prosi prezentowali się jak monstery z innej bajki, na gościnnych występach. I o to właśnie chodzi. Nie sądzę, żeby ambicją organizatora było konkurować z cyklem imprez Diverse Contest, wpisujących się w rywalizację o oficjalny Puchar Polski, gdzie to elita i pozostali licencjowani zawodnicy nadają ton. Jak głosiła moja i Igora teamowa koszulka, na Joy Ride Open Wypiór nadaje ton (czyli: Rafał DAD Wypiór-ton i Igor iGEE Wypiór-ton - Marta maRACH Wypiór-ton musi jeszcze poczekać na start, bo na 16-calowym rowerku - chodzi o rozmiar kółek - mogłaby mieć pewne problemy w stromym i rojącym się od korzeni lesie, którym wiła się  w dolnej części trasa). Zresztą ton nadawał każdy, kto dobrze się bawił, zachęcany przez MC, by do wyników podchodzić z dystansem, bo najważniejsze to mieć radochę z jazdy i dzielić się tą radochą. Wszak główną stawką była dmuchana franca - replika kultowego forfitera, przyznawana największemu luzakowi imprezy.

No i udało się – decyzją jury zaszczyt karmienia gumowego aligatora czikenami przypadł Igorowi za najwcześniejszy debiut w historii polskiego downhillu. I jak tak stałem pod podium, oklaskując najmłodszego ridera za najdłuższy, jakby nie było, przejazd, spłynęła na mnie jasność wielka (fakt, że w on czas nastały popotopowe słoty) i zrozumiałem, że u stóp góry spotkali się przedstawiciele wszystkich rodów: Lecha, Piasta Kołodzieja, Kraka i zapomnianego Nieboraka i wszyscy oni zostali zaproszeni, by w dniu pańskim wstąpić na górę i wspólne hahahihi wznosić i śmiać się jak głupi do sera. I na chwilę zapomniałem, że przybywam z polskiego piekiełka, gdzie każda inicjatywa spotyka się z oporem materii, a głównym zmartwieniem ziomala jest, żeby bliźni nie wzniósł się za wysoko, gdzie sport jest zabijany przez działaczy, a młode talenty zakopywane w ziemi, więc jak już na horyzoncie pojawi się jakiś rzutki menedżer, a tym bardziej sponsor, to witany jest jak zbawiciel. I zrozumiałem, że sponsoring zaczyna się tu - pod nazwiskiem tego, kto ci podarował pierwszy rower, a contest masz wszędzie, gdzie mierzysz czas, czy chociażby jedziesz drugiemu na kole. Po prostu: joy the ride, ale też share your joy. Czyste endorfiny, bez toksyn i frustracji. I teraz pojadę, bo złapałem flow.

I have a dream, że któregoś dnia piekarz z naprzeciwka i mechanik z przedmieścia zrzucą się na wpisowe i benzynę dla młodego zawodnika, by wystartował w kolejnej edycji Amatorskiego Pucharu Polski, a właściciel narożnej knajpki będzie miał radochę, że na racingowym jerseyu ma napisane, gdzie robią najlepsze kebaby w mieście. Zaś dla króla prędkości na mecie będzie przygotowane krzesło w stylu Ludwika z Kalwarii. I tak bez sprzedawania się za gówniane pieniądze koncernom, bez pomocy pseudodziałaczy sportowych, z pominięciem oficjalnych struktur i nieoficjalnych układów, dorobimy się zawodników, a oni dorobią się na nas. Jak u Tuwima: "dla wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego".

I pomyślałem jak bardzo nie chcę się przebudzić z tego snu, jak chciałbym, żeby ta niedziela trwała bez końca, ale dobrze wiem, przekonałem się o tym przez czterdzieści do bólu powtarzalnych lat, że po niedzieli nadejdzie poniedziałek, a po poniedziałku - poponiedziałek i tak dalej i znowu przez pół dnia będę lizał rękę, która mnie gównem karmi, żeby przez drugą połowę odreagowywać jak u Tuwima:
"Absztyfikanci Grubej Berty
I katowickie węglokopy,
I borysławskie naftowierty,
I lodzermensche, bycze chłopy.
Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
Całujcie mnie wszyscy w dupę"
Tak czy owak, dziękuję Ci - Siara, za tę niedzielę. See you later, aligator. Do zobaczenia piekarze, mechanicy, stolarze i knajpiarze - niebawem was nawiedzę, żebrząc o sponsoring dla paru utalentowanych podopiecznych, a jeśli odmówicie, zamienię wasze córki w sowy.

http://www.g3riders.com/galeriatest/20100606jr/

PS
W tekście wykorzystano fragmenty wierszy Juliana Tuwima pt. "Wszyscy dla wszystkich" i "Całujcie mnie wszyscy w dupę".

PS PS
Ręka, która pojawia się w tekście, to, oczywiście, niewidzialna ręka rynku – wszelkie dalej idące skojarzenia są niezamierzone.



 
 
 
 
 
 
 
                             
Strona główna
 
 | 
 
Kancelaria
 
 | 
 
Zespół
 
 | 
 
Publikacje
 
 | 
 
Obszary praktyk
 
 | 
 
Szkolenia
 
 | 
 
Klienci
 
 | 
 
Kariera
 
 | 
 
Kontakt
 
 | 
 
Nota prawna
 
 



Projekt i realizacja